Kapitalizm i pianistyka

(wersja artykułu, który ukazał się w Nr 8 "Ruchu Muzycznego" z dnia 18 kwietnia 2004)

Tempo transformacji, z jaką aktualnie mamy w Polsce do czynienia może doprawdy wywoływać lęk przed nieznanym i nie tylko pianiści muszą aktualnie liczyć się ze zmianą warunków studiowania i wykonywania zawodu. Pracuję od 15 lat [ten artykuł był pisany w 2004 roku] jako pedagog fortepianu w Finlandii - w kraju dość wysoko rozwiniętego kapitalizmu. Jednak dzięki stałym kontaktom z krajem mam dość dobrą świadomość współczesnych problemów polskiego środowiska muzycznego. Będąc głęboko przekonany, że nie wszystkie przeobrażenia z góry powinny być traktowane jako złe, chcę podzielić się z moimi Gośćmi kilkoma spostrzeżeniami, które powinny nadchodzące nieznane przedstawić w bardziej przyjaznym świetle: kapitalistyczne warunki pracy, generalnie, są bardzo różne od tych, do których przywykliśmy w Polsce od lat. One, po pierwsze, bardzo "wychowują"; one też na pedagogach muzyki, którzy wykształcenie zdobyli w Polsce przed 1989 rokiem wręcz wymuszają konieczność wprowadzenia wielu istotnych korekt do metody pracy. O charakterze tych zmian tym bardziej warto wiedzieć, że chodzi także o o formy relacji między uczniami i pedagogami oraz warunki powodzenia nauczycieli na rynku pracy...

Zacznijmy jednak od zupełnie innego wątku: w wysoko rozwiniętych krajach zachodnich, szczególnie w USA i Wielkiej Brytanii, od szeregu lat coraz więcej uwagi poświęca się urazom rąk podczas gry na instrumentach. Dolegliwości fizyczne oraz związane z nimi problemy psychiczne, które w przypadkach skrajnych mogą nawet uniemożliwić wykonywanie zawodu (G. Graffman, L. Fleisher) interesują już nie tylko lekarzy. Sprawą zajmują się instytuty badawcze i kliniki, jak Miller Healthcare Institute for Performing Artists, Performing Arts Clinic (USA), Institute for Music Physiology and Musicians' Medicine (Niemcy); powołano do życia Międzynarodowe Stowarzyszenie do Studiów nad Napięciem w Wykonawstwie (UK), wydawane są periodyki (Medical Problems of Performing Artists, USA) i organizowane konferencje naukowe.

Po zapoznaniu się z publikacjami z tej dziedziny (Donald G. Mc Neil Jr., Dr. Kathleen Riley, Dr. Mark Hallett, Dr Charles Turon, Dr Thomas Mark i inni) zorientowany w sprawie czytelnik jednak odczuwa wyraźny niedosyt: oto badając funkcje rąk, nawet wiążąc je z działaniem innych podsystemów bio-psychicznej całości człowieka, proponuje się wprawdzie różne terapie, jednak kompletnie zapomina o konieczności eliminowania przyczyn, które doprowadzają do zaburzeń w funkcjonowaniu aparatu gry; przykro wspomnieć, że pacjentami tych wszystkich instytutów i klinik są w większości pianiści, zresztą głównie - "klasyczni"...

Przyczyna tego stanu rzeczy jest dla mnie oczywista: to rezultat nadużywania siły fizycznej w pracy nad techniką. Do gry potrzeba siły, jednak określenie granicy między jej właściwym użyciem a nadużyciem jest dla wielu grających zadaniem nie do wykonania. "Forsowanie dźwięku" najczęściej występuje u utalentowanych i artystycznie śmiałych, ale muzycznie nie dość wrażliwych adeptów fortepianu; szukając siły wyrazu niemal automatycznie nadużywają oni siły fizycznej w grze. A wracając do syndromu siły w grze na fortepianie – wypada dodać, że najważniejszy w tym całym "siłowym" kompleksie zjawisk jest chyba, przynajmniej moim zdaniem, KIERUNEK w jakim ją kierujemy. Jedno jest dla mnie jasne: najgorszy, zabójczy dla rąk pianisty jest kierunek PIONOWO w dół; to jest kierunek KATASTROFA. Tej tendencji sprzyja od dawna utrwalony, moim zdaniem fałszywy pogląd na kwestię techniki instrumentalnej. Na Zachodzie z pewnością jeszcze bardziej niż w Polsce wierzy się w prostą zależność techniki instrumentalnej od fizycznej od sprawności rąk, tak – jakby ręce wyposażone były w odrębny mózg, miały prywatny system nerwowy oraz w ogóle stanowiły układ wyłącznie odpowiedzialny za instrumentalną sprawność gry.

Ta opinia, powszechna wśród pianistów w pierwszej połowie XIX wieku, została niejako usankcjonowana przez młodego, podkreślmy - młodego Liszta. Jego zalecenia, preferujące wybitnie ekstensywny styl pracy nad techniką zostały opisane w notatkach Augusty Boissier, której córka uczyła się u 20 letniego wówczas Liszta w Paryżu zimą 1831/32 i powtórzone w każdej bez mała biografii artysty oraz w większości podręczników metodyki fortepianowej.

Geniusz instrumentalny Liszta zimą 1831/32, gdy M-lle Valérie Boissier pobierała u niego lekcje, nie był współmierny z geniuszem pedagogicznym, który objawił się u Niego znacznie później. Mogąc zrealizować na instrumencie wszystko wyobrażone i pomyślane, genialny Liszt-wirtuoz, wówczas młody stażem i doświadczeniem pedagog, wnioskując z zalecanych przez niego sposobów ćwiczenia najczęściej koncentrował swą uwagę na rękach uczennicy. Być może nie przyszło mu do głowy, że ilość godzin spędzonych przy fortepianie nie zawsze przekłada się na poprawę jakości gry; nie zwrócił też chyba uwagi na to, że ręce pozbawione oparcia w wykształconym słuchu i aktywnej wyobraźni błądzą w gąszczu dźwięków jak dziecko w lesie. W tej sytuacji prędzej czy później powstaje jakiś problem; pojawia się ból, zniechęcenie, apatia.

Pracuję w Finlandii także, a raczej na ogół z bardzo słabo uzdolnionymi młodymi ludźmi i stwierdziłem ponad wszelką wątpliwość, że dopóki nie uświadomię uczniowi tego, czego od strony artystycznej od niego oczekuję oraz dopóki nie pojawi się u niego zainteresowanie zadaniem, dopóty jego ręce poruszają się dokładnie w na tyle nieracjonaly sposób, na ile niejasne są jego wyobrażenia o celu, do którego ma zmierzać. Aby jednak w ogóle doszło do podjęcia akcji – zadanie musi być tak zaprezentowane, by jego realizacja była dla ucznia ciekawa. Jeśli to się nie uda, można oczekiwać przede wszystkim jego niezadowolenia z siebie, a w niedługim czasie - rezygnacji z dalszej współpracy z nauczycielem, który nie potrafi w sposób nie budzący zastrzeżeń klienta zaproponować jedynego towaru jakim dysponuje: usługi pedagogicznej. Za Dr Młynarską i Dr Smereką (Psychostymulacyjna metoda kształtowania i rozwoju mowy oraz myślenia, WSiP, Warszawa, 2000) z premedytacją użyłem terminu klient; powrócę jeszcze do tej kwestii.

Problem "zadania" domaga się kilku słów komentarza - jest on głęboko związany z kwestią realizacji zaleceń i uwag kompozytora. Otóż musimy pogodzić się z faktem niepełnej wartościowości nawet Urtextu w tym zakresie i zrozumieć, że przyjęcie aktywnej postawy wobec zapisu autorskiego, podobnie jak ma to miejsce w sztuce teatru, jest podstawą sukcesu również w pracy nad techniką instrumentalną. Nie chodzi o to, by cokolwiek do tekstu dodawać lub w nim zmieniać, ale o to, że artystyczna bierność wobec zapisanej muzyki jest ostatnią rzeczą, jakiej kompozytor mógłby od nas oczekiwać. Obiektami domagającymi się odtworzenia na podstawie nut powinny stać się: po pierwsze - ukryta w nich idea, której nie mamy prawa a priori uważać za artystycznie jałową oraz, po drugie - myśli i emocje stanowiące jej tło.

Oczywiście, że nie chodzi o fabrykowanie pseudoliterackich programów, które miałyby tłumaczyć często głęboko abstrakcyjne Fugi i Sonaty; w ogóle nie chodzi o to by za wiele mówić! Do zadań pedagoga między innymi należy jednak ułatwienie uczniom odnajdywania szczerego emocjonalnie, a intelektualnie wartościowego odzewu na sygnał zapisany w tekście utworu. Jest to niełatwy, ale bardzo interesujące problem i zarazem szansa by uczeń/student przestał być klientem w pejoratywnym sensie tego słowa! Pamiętajmy, że nuta - jako znak - na swój sposób wprawdzie, ale z definicji posiada właściwą wszelkim znakom cechę przeźroczystości semantycznej i niezależnie od etapu pracy oraz zaawansowania ucznia/studenta zachęcajmy go do samodzielnego rozpoznawania idei, obrazów i emocji ukrytych za oknami nut.

Idealną techniką pedagogiczną służącą do realizacji tego celu jest zadawanie pytań; tak jest efektywniej i ciekawiej, a przy okazji zyskujemy realną szansę zmiany postaw naszych wychowanków na bardziej aktywne. To co aktualnie piszę to nie teoria lub "pobożne życzenia", ale opis realizowanej przeze mnie praktyki i zarazem rezultat przemyśleń pedagoga, który był bliski utraty pracy na skutek utrwalenia o sobie niezwykle groźnej w kapitalistycznym społeczeństwie opinii nauczyciela wymagającego. Bo wymagający - znaczy w tym świecie tyle samo co ktoś, kto przerzuca ciężar pracy na ucznia. Tymczasem pedagog ma być wprawdzie skuteczny - czyli inspirujący, ale w żadnym wypadku nie męczący...! Aby ten postulat mógł być spełniony, uczeń powinien móc pracować w atmosferze pełnego komfortu psychicznego, mieć poczucie akceptacji bez względu na poziom uzdolnień i doznawać radości płynącej nie tylko z kontaktu z muzyką, ale także z kontaktu z nauczycielem. W założeniach programowych kwestia zadowolenia klienta jest sprawą pierwszej wagi i jako taka znajduje się na czele hierarchii wartości przyjętych jako nadrzędne w fińskim szkolnictwie, zresztą - w cytowanym przeze mnie brzmieniu: "zadowolenie klienta". Na pierwszy rzut oka wydaje się to aż nadto komercjalne, po głębszym namyśle to rozwiązanie jednak okazuje się po prostu głęboko mądre. Gorąco zachęcam do lektury wyjaśniającej je, cytowanej tu książki Dr Młynarskiej i Dr Smereki (Psychostymula-cyjna metoda..., op.cit.).

W kapitaliźmie nauczyciel musi bardzo wiele wymagać, ale wyłącznie od siebie. Nie należy sądzić, że postępując w myśl prezentowanych tu zasad osiąga się gorsze rezultaty - wręcz przeciwnie. Ostatnie lata to wielkie pasmo sukcesów pianistów z Finlandii, wychowywanych najkompletniej bezstresowo i zwracających się, jak wszędzie tutaj, do swoich profesorów po imieniu w drugiej osobie liczby pojedyńczej; w niczym nie ujmuje to autorytetu tak świetnym pianistom i pedagogom jak Profesorowie Matti Raekallio, Liisa Pohjola, Ralf Gothoni czy inni.

Kapitalizm zdejmuje z barków nauczycieli balast obciążeń wynikających z nadmiernego poczucia odpowiedzialności za wyniki pracy z uczniem. O ile technika pracy pedagogicznej jest prawidłowa - wszystko dzieje się jakby samo z siebie i sukcesy przychodzą jedne po drugich. Natomiast jeżeli mimo wysiłków dostrzegamy pasywność i brak entuzjazmu naszych wychowanków, to żyjąc w warunkach kapitalistycznych powinniśmy czym prędzej rozejrzeć się za inną pracą. Obowiązuje tu następujący model rozumowania: profesjonalne jest lekkie i łatwe, czyli dobre (sprawne); niefachowe jest ciężkie, nudne i trudne, czyli złe (niewydajne). Kapitalizm jest systemem, który wszystko liczy, nie odrzuca niczego i ze wszystkiego stara się mieć profity. Oznacza to, że jest tam miejsce nie tylko dla laureatów konkursów międzynarodowych, ale dla wszystkich - na miarę posiadanych umiejętności i osobistej przedsiębiorczości. Dlatego choć i tam każdy chce być kimś lepszym, nie trzeba się przesadnie wysilać, bo nawet najsłabsi jakoś przeżywają; ruch amatorski wchłania każdą ilość chętnych do pracy, a co druga parafia nie ma organisty.

Skoro kapitalizm najwyraźniej preferuje skuteczność i skoro profesjonalizm tak silnie kojarzy się tam z lekkością, wypada zapytać - po co te wszystkie instytuty i kliniki leczące skutki ewidentnie nieprofesjonalnego uczenia gry na fortepianie skoro genetycznie uwarunkowaną dystonię stwierdza się tylko u około połowy promila populacji? Powszechność kształcenia i przesadne ambicje słabo uzdolnionych - to pierwsza przyczyna. Druga, to jednak dramatyczny brak wiedzy - kto żyw, może uczyć. A bóle i urazy rąk w 99,995% przypadków pojawiają się jako efekt nadużywania siły. Kiedy ból już pojawił się, problemem nie jest dziś terapia - z tym instytuty i kliniki sobie doskonale radzą. Problemem jest technika, jaką instrumentalista powinien zacząć stosować po zakończonej terapii, bo powrót z kliniki do dawnych błędów gwarantuje też szybki powrót do kliniki. Niestety, nawet słynny Taubman Institute of Piano w Nowym Jorku proponuje wyłącznie gimnastyczno-mechaniczne rozwiązania, podobnie jak Grindea-technique (UK; autorka pomysłu jest współzałożycielką EPTA) i wszystkie inne koncepcje, tak - jakby uszy doprawdy nie miały w graniu żadnego zastosowania!

Naturalność może mieć bardzo wiele znaczeń; dla wielu z nas naturalność jest synonimem prawidłowości. Leopold Godowski (1870 - 1938) był tym pianistą w ubiegłym stuleciu, który o naturalności w technice instrumentalnej chyba wiedział najwięcej. Jego idea jest w tej kwestii wyjątkowo czytelna, a wyraził ją w niezwykle prosty sposób: sekret technicznie lekkiej gry jego zdaniem zawiera się w umiejętności wykorzystania "swobodnego spadku masy ruchomej". W tym punkcie reprezentuje on dokładnie chopinowską linię, podobnie jak później jego wierny student, Neuhaus i niezależnie od nich - Lipatti, a wcześniej - Anton Rubinstein, który tak bardzo wpłynął na rosyjską tradycję pianistyczną. Problem w tym, by rozpatrując jego radę wziąć pod uwagę fakt osobistego sterowania przez Godowskiego swobodnym spadkiem masy ruchomej jego palców i rąk przy udziale jego własnych uszu, wyobraźni i myśli oraz, że w związku z tym czysto fizyczne trenowanie rąk należących do kogoś innego i tym samym pozbawionych równie genialnego zaplecza nie może gwarantować sukcesu. Skorzystanie z recepty Godowskiego należałoby polecić tym wszystkim, którzy przynajmniej chcą grać lekko; by uczyć skutecznie trzeba jednak czegoś ZNACZNIE więcej.

Kapitalizm nie pojawił się na świecie "z niczego". Jego początki sięgają XIII/XIV wieku (Florencja, Flandria), a jak podaje Encyklopedia (PWN, 1999) jedną z cech tej formacji jest "zdolność do ciągłego generowania i upowszechniania zmian we wszystkich sferach życia". Moją krótką relację z doświadczeń polskiego pianisty w kapitalistycznym świecie chcę zakończyć kolejnym cytatem z Godowskiego: "Każdy uczciwy nauczyciel musi przyznać, że uczniowie czyniący prawdziwe postępy, to są ci, którzy sobie uświadomili, że sukces zależy wyłącznie od ich osobistej inicjatywy, pracowitości i zdolności zachowania indywidualności artystycznej. Uczniowie muszą poddać się kierownictwu pedagoga, ale jeśli sobie wyobrażają, że sławny nauczyciel o wielkim nazwisku poprowadzi ich do sukcesu zanim wykonają oni te 90% należącej do nich pracy, skazują się na katastrofę" (wywiad w piśmie The Etude, I/1928). Taka jest kropka nad i wieńcząca krótkie rozważanie nad pianistyką i pedagogikją fortepianową uprawianą w warunkach tzw. gospodarki kapitalistycznej. Cóż bardziej mądrego: wyzwalać inicjatywę, zarazem dając techniczne środki ułatwiające jej spełnienie na instrumencie. Polska pianistyka rozwijała się nawet pod zaborami, a w okresie międzywojennym, gdy mimo większej niż dziś materialnej biedy pozwolono jej rozwijać się w naturalnych warunkach, także święciła tryumfy. Bądźmy jak najlepszej myśli: bez wątpienia czekają nas kolejne złote lata. Byle tylko nie hamować zapału i rozpędu utalentowanej młodzieży! Zdolnych, nadzwyczaj ciekawie rokujących młodych pianistów mamy w Polsce mnóstwo.

. Stefan Kutrzeba

Aktualizacja: 2007-03-19