|
Otrzymałem list od
pewnego jazzmana (cytuję z bardzo drobnymi
zmianami...)
"Witam. Mam na imię K. i interesuję
sie Metodą Chopina z oczywistych powodów: szukam komfortu gry i sposobów na
wyeliminowanie bólu. Od kilku miesięcy staram się wprowadzić ją w życie lecz
udaje mi się to (przynajmniej mam takie wrażenie) jedynie podczas ćwiczenia.
Niestety na koncertach zapominam o wszystkim, dochodzi adrenalina i...
ramiona do góry, głowa schowana, wiadomo co dalej. Mam następujące pytania:
co zrobić aby metodę tę wykorzystywać również na koncertach i czy działa ona
u pianisty jazzowego? Jakim cudem np Keith Jarret może osiagnąć tak piękne i różnorodne brzmienie oraz taką lekkość i
szybkośc w graniu mając głowę schowaną między ramionami i wijąc się przy
fortepianie w rozmaitych pozycjach (wstając, odginając tułów w lewo lub
prawo)? Oczywiście watpliwości jest jeszcze wiele, ale mam nadzieję, że w
trakcie pracy sam dojdę do konstruktywnych wniosków. Z góry dziękuje za
odpowiedz i życzę wszystkiego dobrego. - K."
OK! Odpowiedziałem K. publikując stroniczkę, którą
aktualnie masz przed oczami, jednak nie umieszczając do niej żadnego linku z
nikąd - anonimowość K. była więc zachowana w pełni nawet wziąwszy pod uwagę
fakt jednorazowego pojawienia się na niej Jego prawdziwego nazwiska
(aktualnie usuniętego na amen!). Myślałem, że K. zechce w imię dobra sprawy
kontynuować naszą korespondencję - nabrał jednak wody w usta i długo nie
odzywał się, a szkoda. Porad udzielam każdemu "for free" - sądzę
przy tym, że nikt nie powinien mieć pretensji jeśli jego konkretne kłopoty
warsztatowe zostaną omówione publicznie tak, że prywatność Człowieka nie
zostaje naruszona, natomiast opisywany przypadek staje się materiałem do
przemyślenia dla wszystkich, a szczególnie dla tych, którzy mogą borykać się
z identycznym lub podobnym problemem. Tak powstało bardzo wiele moich
opublikowanych w Internecie tekstów - ku wspólnemu dobru nas wszystkich K. pytał: co zrobić aby metodę Chopina dało się
wykorzystywać również na koncertach i czy ona w ogóle może być przydatna dla
pianisty jazzowego? Odpowiadam: nie jestem pianistą jazzowym, ale uczyło
się u mnie kilka osób z powodzeniem uprawiających jazz - najpierw było to
jeszcze w Polsce, ale potem także i tu w Finlandii. W Polsce moim uczniem był
m. inn. Artur Dutkiewicz - odkryłem go na konkursie improwizacji jazzowej w
Kielcach i zaproponowałem przejście z Pińczowa do mnie, do PSM II stopnia w
Kielcach; cykl 12 lat kształcenia Artur zrealizował w ciągu 6 lat, bardzo
dobrze zdał dyplom (grając m. inn. Serenadę Don Juana z
"Masek" Szymanowskiego) i dostał się do Akademii Muzycznej w
Katowicach na wydział rozrywki i jazzu. Ta klasyczna edukacja mu więc jak
widać nie zaszkodziła, podobnie jak Włodkowi Pawlikowi, który także jest absolwentem PSM II st w Kielcach
gdzie uczył się u mego Kolegi - Andrzeja Domina. Wspominam o tym dlatego, że
akurat na stronie Artura była wzmianka o Włodku i przypomniały mi się stare
dobre czasy... (przy okazji zerknij też i na tę stronę).
OK. Umówmy się: Metoda Chopina to "sposób na
kontakt z instrumentem i na uaktywnienie własnej podświadomości". Czy to może NIE być skuteczne u pianistów jazzowych? Odpowiedziałem więc K. (cytuję): "Jestem pewien,
że TO MUSI działać także i u Was! Rozumiem, że jazz jest Twoją główną domeną
w muzyce. Cieszę się, że napisałeś do mnie i zarazem dziękuję Ci za zainteresowanie
Metodą Chopina (i Neuhausa) jak również Gratuluję wyboru - w moim przekonaniu
- jedynej prostej i skutecznej, bo jedynej RACJONALNEJ DROGI do wymarzonego
celu. Niektórzy wprawdzie uważają, że - myśląc ogólnie - może istnieć wiele
dobrych dróg do każdego celu. Oczywiście - ONI mają rację, tylko że spośród
wielu "dobrych" najlepsza jest tylko JEDNA, a w przypadku
pianistyki - KAŻDEJ - jest to Metoda Chopina. Różnice? Można je opisać tak:
alternatywą dla pełnej swobody może być tylko swoboda MNIEJ PEŁNA,
alternatywą dla sprawnego wykorzystywania energii skumulowanej w
poszczególnych elementach dłoni i rąk może być tylko siła mięśni, zaś
alternatywą dla aktywnego i twórczego słyszenia antycypacyjnego może być
tylko pasywne i nietwórcze odsłuchiwanie JUŻ ZAISTNIAŁEGO rezultatu
dźwiękowego; wczytaj się w teksty, do których linki znajdziesz u dołu tej
strony - pod SITE MAP - i wybieraj sama/sam...! Pytasz: Jak taki znakomity pianista jak Keith Jarrett może
osiagnąć piękne i róznorodne brzmienie oraz niezwykłą lekkość i szybkość w
graniu mając głowę schowaną między ramionami i wijąc się przy fortepianie w
rozmaitych pozycjach (wstając, odginając tułów w lewo lub prawo)? Odpowiadam: o konkrety należałoby zapytać Keitha
Jarreta osobiście... - to oczywiście żart, a serio - to wszystko co dzieje
się NA ZEWNĄTRZ, CO WIDAĆ - nie ma aż tak bardzo WIELKIEGO wpływu na
najważniejsze w każdym działaniu procesy DECYZYJNE zachodzące w sferze nie
tyle, a na pewno NIE TYLKO świadomości, ale przede wszystkim w podświadomości
TWORZĄCEGO WARTOŚCI i zainteresowanego nimi bez reszty człowieka.
By dowiedzieć się jak funkcjonują te wszystkie programy
i aplikacje w strukturach wewnętrznej organizacji fenomenu, który określamy
"Keith Jarret, the Pianist" - nawet NIE WYSTARCZY być samym Keithem
Jarretem, bowiem tak na prawdę to nikt z nas (on też) DO KOŃCA NIE WIE, jak
„to wszystko” się wewnątrz naszego mind & body odbywa. Estrada
prowokuje do tak intensywnego wysiłku i tak wielkich emocji, że wątpię by
którykolwiek z artystów z krwi i kości był w stanie z jednej strony TWORZYĆ
(często niemal „w gorączce”), a z drugiej równocześnie w pełni przytomnie
analizować własne działania. Po dalsze komentarze dotyczące tego problemu
odsyłam Cię do stron, do których linki znajdziesz tutaj. Jestem pewien, że nie jest Twoim zamiarem poszukiwanie
prawdy o RZECZYWISTYM WEWNĘTRZNYM, które z Jarreta czyni Jarreta przez próby
naśladowania WTÓRNEGO ZEWNĘTRZNEGO, które na jakość tego co on przy fortepianie
tworzy nie ma w gruncie rzeczy jakiegokolwiek wpływu. "Zewnętrzne"
pozostawmy tym, którzy szukają "innej drogi" - bo my, idąc śladami Chopina, Hofmanna, Neuhausa i innych
wielkich nauczycieli, doprawdy nie musimy tracić czasu na zajmowanie się
rzeczami zbędnymi.
Piszesz: mam nadzieję, że w trakcie pracy sam dojdę do
konstruktywnych wniosków. Moje zdanie: strzał w dziesiątkę - tak ma być! Ale,
gdybyś w trakcie osobistych poszukiwań nagle poczuł się osamotniony i
potrzebował pomocy - adres znasz... Sprawy najważniejsze: od strony mechanicznej - swobodny
spadek palców zapewni Ci minimalizację wysiłku fizycznego (patrz: wykorzystanie
bonusów opisane na tej
stronie), a od strony wirtualnej - poszukiwanie strefy najlepszego brzmienia,
WYOBRAŻANIE sobie DŹWIĘKU jako żywo rozwijającego się w czasie, emocjonalnie
bogatego i intelektualnie zajmującego BYTU (słyszenie antycypowane - nie wiem
jak to lepiej wyrazić... !), wewnętrzne INTONOWANIE dźwięku, czyli - stałe,
STAŁE, STAŁE towarzyszenie mu, bycie z nim od A do Z. Gdy te sprawy będziesz mieć uporządkowane, gdy nauczysz
się grać NIE W DÓŁ, ale DO GÓRY i "w kierunku", gdy zaczniesz
świadomie regulować udział ciężaru i energii w grze REZYGNUJĄC z używania
siły GDZIE TYLKO TO MOŻLIWE, gdy poczujesz, że niemożliwe jest ODERWANIE
"WEWNĘTRZNEGO UCHA" od obu - wirtualnego i realnego obrazów dźwięku,
żadna "adrenalina" Ci nie zaszkodzi ani "głowa w
ramionach" nie będzie Ci wadzić. Jedyna kwestia, na którą nikt z nas nie ma wpływu, to
siła i wydajność Twojej (jego, jej, mojej) artystycznej wyobraźni. Ale i tu -
pociesz się (pociesz ją, jego, ja pocieszam się od dawna sam) - możliwości
rozwoju są nieomal nieograniczone. Także więc uszy do góry i - do roboty! Serdecznie pozdrawiam. Życzę Powodzenia oraz wiele
radości etc., etc. Cześć - Stefan K. Parkano, 6.2.2005
Odpowiedź na takie dictum przyszła
następnego dnia... Cytuję: "Witam i dziękuje za odpowiedż. Granie na fortepianie i keyboardach jest moim
zawodem i wyłącznie tym się zajmuję. Oczywiście z samego jazzu na razie wyżyć
się nie da więc gram wszelkie inne odmiany muzyki rozrywkowej. Myślę, że moją największą bolączką jest
to, że ukończyłem szkołę średnią jako fagocista chociaż i tak występowałem
jako pianista. Więc mam średnie wykształcenie muzyczne. Z tego powodu
(fortepian dodatkowy) nie miałem kontaktu z profesjonalnymi pedagogami
pianistami. Bardzo dużo ćwiczę i pobieram lekcje u
profesora pianisty pedagoga, ktory polecił mi książkę p. Niemiry. Oglądam
koncerty wielkich pianistów na DVD, czytam dużo na temat aparatu gry i mimo
tego wszystkiego mam wrażenie, że im więcej ćwiczę - tym gorzej mi wychodzi. Zauważyłem, że najtrudniej mi panowac nad
aparatem w taki sposob w jaki to opisujesz kiedy gram w wolnych tempach (50 -
80) oraz w tempie od 180 do 200. Wtedy po prostu ręce są jak z drewna. W
innych tempach jest lepiej (chodzi mi tutaj o grę linearnymi ósemkami z
jazzową artykulacją). No ale cieszę się przynajmniej, że nie
jestem sam ze swoim problemem. Jeszcze raz dziękuję za wsparcie i czekam ze
zniecierpliwieniem na odpowiedż i życzę wszystkiego dobrego. - K. A teraz zajrzę do "Metody Chopina w jazzie"
Na razie nie wiem - jak K. ocenił moje rady, jednak mając chwilę wolnego
czasu postanowiłem iść za ciosem i oto moja reakcja na jego email z 7.2.2005.
Cześć! No, nie masz na razie za co dziękować - poczekajmy na
skutki, a dopiero potem... Nie ma większego znaczenia, że nie uczyłeś się fortepianu
jako instrumentu głównego - mimo kłopotów, o których piszesz, udaje Ci się
jakoś żyć z uprawiania muzyki, a to oznacza, że osiągnąłeś niemały stopień
profesjonalizmu (inaczej musiałbyś żyć ze stypendium albo przymierać głodem,
co - mam nadzieję - nie ma w Twoim przypadku miejsca). Spójrz na Nahornego i
Makowicza - oni też nie studiowali fortepianu w akademii, a "radzą
sobie" całkiem nieźle i sądzę nawet, że ręce ich raczej nie bolą. Współczuję Ci bardzo z powodu "drewnianego"
uczucia w rękach; przerabiałem to - i w takim stopniu, że ćwicząc na początku
studiów Toccatę Schumanna nalewałem do wanny zimną wodę i co jakiś czas
chłodziłem w niej rozpadające się z bólu ręce. Muszę dodać, że był to w mej
karierze okres, w którym poza "wzmacnianiem siły palców" (SKORO NIE
DAJĄ RADY...) nie widziałem żadnego innego rozwiązania. POZORNIE RACJONALNIE myśląc, rzeczywiście
narzuca się ono z nieodpartą siłą jako jedyna możliwa szansa: no bo
"skoro palce nie dają rady" pokonać oporu, który odczuwamy jako
opór klawiatury - wypada je TYLKO wzmocnić i czekać na pozytywne rezultaty... Problem jednak w tym, że ów sławetny
"opór klawiatury", z którym tak wielu i tak bezskutecznie walczy,
nie ma z rzeczywistością nic wspólnego, bo uczucie słabości palców na prawdę
pochodzi nie stąd, że klawiatura jest oporna, ale stąd, że przez nieumiejętne
używanie ręki niewprawny pianista napina mięśnie i doprowadza do sytuacji, w
której jedne ich grupy zaczynają walczyć z innymi, czego skutkiem jest
opisane przez Ciebie zjawisko "drewnianej ręki" Aby wyjść z tej wyjątkowo nieprzyjemnej sytuacji musisz
przerwać "koło NIE/fortuny" i zamiast przygotowywać palce i ręce do
walki z klawiaturą ćwicząc muskulaturę, powinieneś zacząć myśleć o szansach
współdziałania z klawiaturą. Wspominałem już w innym tekście o sposobie, który - jak mi się zdaje - w podobnie
trudnych przypadkach zalecali swoim studentom zarówno Neuhaus jak Lipatti: nic prostszego jak pozwolić by lekko uniesiona ręka
najswobodniej w świecie opadła na klawiaturę - w moim odczuciu dobrze jest by
nie opadała "na palce", ale by na początek opadła na klawiaturę
swoją zewnętrzną, górną powierzchnią dłoni. Potem trzeba spróbować lądować
już na którymś palcu - najbezpieczniej - na wskazującym lub środkowym,
równocześnie KONTROLUJĄC uzyskany efekt dźwiękowy SŁUCHEM i w ZALEŻNOŚCI od
uzyskiwanej jakości dźwięku regulując (mięśniami; PO TO je przecież mamy)
ilość UWALNIANEJ masy ręki. Niech to będzie na początek nieporadne i
artystycznie nawet kompletnie małowartościowe! Niech to jednak będzie
KOMPLETNIE WOLNE od użycia "agresywnej siły". Kolejny etap, to próba UWOLNIENIA palców od zauczonego
latami PRZYMUSU bicia, gniecenia, drapania (jak kot czy pies albo kura) czy
"podciągania" klawiszów do siebie. Musimy stale pamiętać o
genialnej radzie Godowskiego: swobodny spadek masy ruchomej (regulowany na
podstawie informacji pochodzącej ze SŁYSZENIA, ustawicznie porównującego
uzyskiwany efekt z IDEALNYM WYOBRAŻENIEM efektu, o jaki "chodzi"
naszej wyobraźni). Podnieś leciutko palec - na początek drugi lub trzeci -
bez naprężania i wysiłku (u każdego z nas GRANICA WYSIŁKU usytuowana jest na
innej wysokości) i pozwól mu swobodnie OPAŚĆ, ewentualnie leciutko
przyspieszając jego ruch, ale pod żadnym pozorem NIE KIERUJ "energii
myśli i emocji" w dół, za ruchem spadającego palca i, oczywiście, NIE
UŻYWAJ pod żadnym pozorem SIŁY! Uruchom
wszystkie rezerwy ducha i wirtualnie skieruj powstały dźwięk w lewo lub w
prawo - i w górę, i w górę! I śledź pilnie jego rozwój - by dźwięk nie tyle
TRWAŁ, co żył i płynął w Tobie; "dmuchnij wiatrem wyobraźni w wirtualny
żagiel łódki dźwięku"...! Słyszenie artysty nie może być PASYWNYM
ODSŁUCHIWANIEM - jak na solfeżu...! A potem zagraj grupę dwóch dźwięków jakby łącząc je
ruchem, ale nie czyń tego jak byś dwukrotnie UDERZAŁ w klawiaturę: zastosuj
"wirtualny smyczek" (por. z tymi uwagami), czyli świadomie uwolnij palce od ciężaru pchających
je w dół wyższych części ręki; zacznij świadomie dozować używany ciężar ręki
tak, by nie dawać go za wiele i nie przygniatać palców. W rejonie palców i
dłoni oraz przegubu WRESZCIE powinno pojawić się uczucie wyzwolenia i swobody
na skutek ODBARCZAJĄCEGO działania wyższych partii ręki. A wszystko pod stałą kontrolą słuchu
nierozerwalnie zespolonego z wyobraźnią: wyobraźnia niech kreuje WIRTUALNE
WZORCE (antycypacja słuchowa), a ucho niech sprawdza jakość REALNEGO EFEKTU. Pograj sobie jakieś proste gamy (dwie oktawy w górę i w
dół, OSOBNO) łącząc dźwięki w grupy po DWA grane jakby smyczkiem - "rzut
i wyjęcie"; akcja ma być prowadzona po łuku, jak tor wahadła i wszystkie
części ręki powinny tu znaleźć dla siebie zatrudnienie: cały korpus żyje grą
- od pleców i łopatek przez barki, ramiona, łokcie. To wszystko ma uwalniać
przeguby i palce od jakichkolwiek usztywnień. Palce niech spadają leciutko:
siła kropel dźwięku bardzo łatwo może być wzmocniona minimalnym
przyspieszeniem szybkości ich opadania, a potem - stosownym, oszczędnym
dawkowaniem ciężaru. To wszystko może być początkowo nawet bardzo
wyraźne - duże, powiększone; w miarę doskonalenia procesu, co zresztą na ogół
następuje zaskakująco szybko, manualne "wymiary" akcji zostają na
tyle zminimalizowane, że stają się zupełnie niewidoczne dla nieświadomego
sprawy oka; u zdolnych, zwłaszcza jeśli mają szansę korzystać z
bezpośredniego instruktażu, doprawdy ZASADNICZE zmiany zachodzą w trakcie
kilku minut. Na placu boju zostają tylko uzyskane efekty: znacznie zwiększony
udział swobody, wygody i łatwości gry. Nic jednak z tych wszystkich
MECHANICZNYCH MĄDROŚCI nie będzie działać o ile w pracy i grze stale, zawsze i
wciąż nie będą uczestniczyć a) aktywna wyobraźnia oraz b) słuch - nieustannie
domagający się artystycznie satysfakcjonujących rezultatów. Popróbuj tego co tu opisałem i daj znać o ewentualnie
pojawiających się problemach. Życzę powodzenia! - Stefan K.
Tym razem odpowiedź nadeszła dopiero po
miesiącu, ale za to...:
"Witam serdecznie! Myślę, że 'zaskoczyłem' o co w tym
wszystkim chodzi: rzeczywiscie - jeżeli słuchasz i myślisz podczas grania to
mozna FAKTYCZNIE kontrolowac aparat! Od dwóch tygodni moge ćwiczyć po kilka
godzin pod rząd bez bólu. Niestety jednak po każdym koncercie trzeba
wszystko ustawiać od poczatku: po prostu zapominam jak panować nad rekami; po
dwóch godzinach już gram sztywna ręką. No, ale myśle, że z biegiem czasu to się
wreszcie pozytywnie poukłada bo juz widzę dużą zmianę. Ważne, że mogę
swobodnie i długo ćwiczyć...! Mam jeszcze jedno pytanie: czy tzw.
"ciągnięcie" lub "głaskanie" klawiszy do siebie
koniuszkami palców to błąd? Grajac w ten sposób udaje mi sie uzyskać dużą
ruchliwość szczegolnie w pianissimo. Jeszcze raz dzięki za
przypomnienie o bonusach, faktycznie bomba! Pozdrawiam. K. PS. Posłuchaj jak gra Brad Mehldau - to świetny młody pianista.
Ha! Bardzo dobrze! Najważniejsze, że nie zasypiasz gruszek
w popiele i starasz się samodzielnie dochodzić do czegoś PEWNEGO! Mam teraz
niesamowicie mało czasu, więc tylko odpowiem na Twoje pytanie: czy tzw.
'ciągnięcie' lub 'głaskanie' klawiszy do siebie koniuszkami palców to błąd?
Grajac w ten sposób udaje mi sie uzyskać dużą ruchliwość szczegolnie w pianissimo."
"Ciągnięcie i głaskanie" stosuj w
pozapianistycznych okolicznościach, a z pewnością uzyskasz daleko bardziej
pozytywne skutki. Zaś przy fortepianie pozwól działać grawitacji i ogranicz
się do odczuwania satysfakcji z faktu, że wszystko tak fantastycznie SAMO
wychodzi... - oczywiście owo SAMO, to rezultat Twojego
intensywnego umysłowego i emocjonalnego wysiłku oraz sztuki SŁUCHANIA z
wyprzedzeniem... Doskonal ją nadal, a będziesz coraz bardziej
zadowolony z rezultatów! Z "ciągnięciem i głaskaniem", czyli z
akceptacją wysiłku fizycznego jako NORMY jest podobnie jak z uczciwością i
byciem w ciąży: nie da się być TROSZECZKĘ uczciwym i TROSZECZKĘ w ciąży oraz
nie da się stosować w grze siłę i jednocześnie zachować PEŁNIĘ SWOBODY.
Nigdy nie służ pod dwoma sztandarami równocześnie...! Serdecznie pozdrawiam i życzę POWODZENIA! Aktualizacja: 2007-03-06 |